UWAGA! Wszelkie kopiowanie treści bloga bez mojej zgody będę uważał za kradzież. Wszystkie poniższe teksty (o ile nie napisano inaczej) są tylko i wyłącznie mojego autorstwa. Cytując lub tworząc własny tekst na podstawie mojego, koniecznie zamieść źródło, tj.: http://transseksualizm.blogspot.com/

Czytasz starą część bloga, na której już nie pojawiają się aktualizacje. Żeby zobaczyć nowe posty, zajrzyj na nowy adres.

10 maja 2014

TG - ts w wersji okrojonej.

Dawno temu i wielu osobom obiecana notka o trangederystach/transgenderach. Z góry zaznaczam, że tekst odnosi się wyłącznie do mojej definicji transgenderystów, która urodziła się gdzieś w ciągu kilku lat rozmów z różnymi ludźmi. Wg tej definicji tg to osoby, które zmieniając płeć nie przechodzą wszystkich (lub jakichkolwiek) zabiegów, kierując się wyłącznie własnym, wewnętrznym poczuciem. Transgenderystą nie będzie więc trans-facet, który rezygnuje z trójki, ponieważ uważa, że efekty nie są warte pieniędzy i zachodu. Transgenderystą będzie trans-facet, który dobrze czuje się bez trójki i jakiekolwiek penisy nie są mu potrzebne do bycia sobą. Oczywiście są też inne definicje, np. transgender może oznaczać każdą osobę, która nagina jakoś stereotypowe podziały płci (w tym przypadku transseksualizm jest podkategorią transgenderyzmu).

Jak już wspomniałem we wstępie, tg różni się od ts głównie pod względem zmian cielesnych, a dokładniej - chęci ich wprowadzenia. Zestawmy mojego biednego teoretycznego transa Antka z nowo stworzonymi transgenderami Maćkiem i Markiem. Maciek i Marek oczywiście będą przykładowi i absolutnie nie są wyznacznikiem dla wszystkich tg. Tak samo jak Antek, o którego już się wcześniej mogliście potknąć. Żeby zaliczyć każdy wariant, musiałbym stworzyć fikcyjny trans-naród. ;)

To, co łączy naszych chłopców to bycie facetem - wszyscy trzej, mimo babskiego ciała, są facetami. Wiedzą o tym, są tego świadomi, chcą to wprowadzić w życie. Posyłają swoim kobiecym wersjom życzliwego kopa na pożegnanie i zaczynają zmieniać wygląd. Wymiana ubrań na bardziej męskie lub uniseksowe, modyfikacja fryzury, nowe imię lub pseudonim... Moment, w którym panowie się rozdzielają to droga leczenia. Antek i Maciek żwawym krokiem ruszają w stronę recept na hormony, Marek natomiast zostaje gdzie jest, ulepszając swój wygląd bez medycznej pomocy. Będzie funkcjonował prawnie jako kobieta, ponieważ bez hormonów i chęci wykonania operacji prawdopodobnie nie zmienią mu dokumentów. Na co dzień jednak Marek będzie Markiem, traktowanym jak facet, wyglądającym jak facet i będącym facetem. Można ogólnie uznać, że Marek zatrzyma się na etapie "trans przed wszystkim", tyle że w przeciwieństwie do transów, jemu będzie tam dobrze. Antek i Maciek idą dalej, brną przez sądowe szarpaniny, zmotywowani zachodzącymi w ich organizmie zmianami. Wspólnie przeskakują przez pozbycie się babskich części - mastektomię, panhisterektomię. Żegnają się dopiero przy trójce, czyli tworzeniu męskich części. Antek ochoczo wskakuje na stół operacyjny, po raz kolejny zresztą. Maciek natomiast już zakończył całą przemianę i dobrze czuje się z babskimi genitaliami. Nie ma wewnętrznego przymusu do tworzenia męskich tylko dlatego, że tak by wypadało. Nie będą mu przeszkadzały w trakcie np. seksu (myślę, że wręcz przeciwnie), wizyt na basenie czy u lekarza.

Wielu transów, których znam przechodziło przez bycie tg. Część z powodu braku informacji o leczeniu ("to tak się da?"), część z powodu presji otoczenia ("wydawało mi się, że chciałem tylko podstaw, ewentualnie usunąć cycki, ale po wyprowadzce zorientowałem się, że myślę o całości"), a część z jeszcze innych powodów. Możesz być ts, nadal nie będąc pewnym, czy chcesz operacji - to się nie wyklucza. Ts i tg rozróżnić można po jednej podstawowej rzeczy - czy żeby mieć swoje ciało potrzebujesz wszystkich trzech zabiegów (mastektomii, panhisterektomii, tworzenia męskich narządów)? Jeśli nie, to być może jesteś tg. W takim przypadku nie daj sobie wmówić, że musisz przejść wszystkie operacje albo brać hormony. Nie rób niczego, co byłoby wbrew twojemu ciału. Nie bój się, że kiedyś zmienisz zdanie - zawsze możesz to nadgonić. A łatwiej jest zacząć diagnozowanie od nowa niż przyszyć z powrotem cycka. ;)

Jeśli chodzi o użytkowanie bloga, tg mogą z niego korzystać w ten sam sposób co "zwykli ts". Większość porad dotyczy samego początku przemian.

9 maja 2014

Podklejanie piersi plastrami.

Podklejanie cycków jest sposobem doradzanym zazwyczaj transom z bardzo małym rozmiarem lub bardzo dużym. Osobiście próbowałem i nijak tego nie polecam. Sposób głupi, w dodatku utrudnia normalne funkcjonowanie po kilku użyciach. Opisuję wyłącznie dla waszej wiedzy i uzupełniania informacji o sposobach płaszczenia. Dla bezpiecznego podklejania zajrzyj do podpunktu "zamienniki".

Na czym polega podklejanie.
Do tego sposobu używa się plastrów bez opatrunku (przylepców) lub różnych taśm przywierających do skóry, najczęściej sprzedawanych w rolkach do samodzielnego przycinania.


Jako że łatwo schodzące, papierowe taśmy rozmiękają od potu, przecierają od ruchu i nie utrzymują ciężaru większych rozmiarów, zazwyczaj wybiera się solidne, wodoodporne plastry z mocnym klejem. Plaster przykleja się po zewnętrznej stronie piersi, przesuwa ją w bok (z dala od mostka) i mocuje drugim końcem plastra na żebrach. W zależności od potrzeby używa się od jednego do kilku kawałków plastra. Przy wyjątkowo małych rozmiarach chodzi o efekt bardziej męskiej klaty bez użycia innych spłaszczaków (efekt napakowanej klaty zamiast górek cycków). Przy dużych ma to zapobiegać zsuwaniu się cycków na środku klaty pod głównym spłaszczakiem.

Jakie są efekty?
Po całym dniu noszenia takich taśm i uklepywania ich innym spłaszczakiem plaster odchodzi razem ze skórą. Powstaje rana, plamiąca wszystko krwią i limfą. Nawet jeśli nie zerwie się zbyt dużo skóry, każda fałdka uwięziona do tej pory pod plastrem da z siebie wszystko, żebyś znienawidził tego sposobu. Bywa, że za pierwszym razem jesteś w stanie to wytrzymać, ale wyobraź sobie, co się będzie działo po kilkakrotnym przyklejaniu plastrów w tym samym miejscu. Technicznie rzecz ujmując, za każdym razem będziesz musiał zakryć plastrem żywą ranę lub jej fragment, a następnie go zerwać, powodując kolejne obrażenia. Nie mówiąc o tym, że nawet po rezygnacji pozostaje ci problem gojących się ran w najgorszym miejscu, czyli pod spłaszczakiem - tak jakby same cycki nie były dość kłopotliwe.

Zamienniki.
Jeśli koniecznie chcesz wypróbować podklejanie, użyj przylepca włókninowego ("papierowego"). Może wydawać się słaby, czasem się porwie, ale to raczej kwestia dobrania odpowiedniej szerokości (od 5cm do 10cm powinno być ok). Dla tego samego efektu wystarczy ubrać coś pod spód spłaszczaka (np. stanik sportowy) lub wypełnić przestrzeń między nimi (np. kawałkiem materiału; nie będą miały miejsca do zsuwania się).

Obklejanie się w całości.
A na koniec coś na zasadzie ciekawostki - są osoby na tyle zdesperowane lub niemyślące, że postanawiają się obkleić po całości cycków lub dookoła całego torsu. Pozdrawiam wszystkich, którzy musieli się potem męczyć ze zdzieraniem około 1/5 swojej skóry i zaleczyć tę cholerną wielką ranę.

Rejestrowanie się na pierwszą wizytę.

Poprzedni post o pierwszej wizycie u lekarza nie rozwiał wszystkich wątpliwości co do samej rejestracji, także małe uzupełnienie właśnie o tym. Rejestrowanie się jest pierwszym krokiem do urzeczywistnienia swojego marzenia o pełni męskości (lub do określenia, kim się jest), nie przejmuj się zatem, jeśli zje cię stres. To naturalne. Pamiętaj, że nikt cię nie ocenia. Liczy się jedynie efekt (umówienie terminu lub uzyskanie informacji), a nie przebieg samego procesu.


Jak wygląda rozprawa w sądzie?

Wszelkie scenki sądowe, które macie okazję oglądać w telewizji mają zazwyczaj mało wspólnego z realną rozprawą. Nie ma na sali tłumów obcych ludzi, świadkowie nie czają się zaraz przy oskarżonym, a przesłuchiwany ma marne szanse na gorące dyskusje z sędzią... Poniższy tekst na podstawie moich doświadczeń.

O samej rozprawie dowiadujesz się z pisma sądowego, które przychodzi do Ciebie na adres podany w pozwie. Zazwyczaj z dużym uprzedzeniem, więc możesz sobie spokojnie zaplanować dany dzień. Sąd kontaktuje się wyłącznie przez listy, nikt nie będzie dzwonił ani nawiedzał osobiście. W dniu rozprawy należy pojawić się wcześniej. Musisz przejść kontrolę ochrony, oddać kurtkę do szatni i znaleźć salę w sądowym labiryncie. Weź ze sobą kartkę z wezwaniem na rozprawę, znajdziesz tam wszystkie potrzebne informacje w razie, gdybyś się nie mógł znaleźć. Na "twoich" drzwiach będzie informacja o rozprawach zaplanowanych na dany dzień - możesz łatwo sprawdzić, czy poprzednia już się zakończyła czy jeszcze trwa. Kiedy dotrzesz już pod salę, przygotuj dowód osobisty (nie musisz go trzymać w ręku, chodzi o to, żebyś nie musiał grzebać po miliardzie przegródek, kiedy cię o niego poproszą) i cierpliwie czekaj. Na salę nie wchodzi się samemu, nie puka się, żeby zobaczyć, jak sytuacja ani nic podobnego. Wchodzisz wyłącznie na wezwanie, które często następuje z opóźnieniem. Wezwanie następuje w ogólnej formie, coś w stylu "wezwani w sprawie Anny Nowak przeciwko Barbarze i Janowi Nowakom", nikt wokół nie będzie wiedział, kim ty tak dokładnie jesteś.

Na sali prawdopodobnie będziesz ty, sędzia, ktoś do notowania zeznań plus ewentualnie twoi rodzice lub pojedynczy stażysta. Żadnych tłumów żądnych sensacji. Twoje miejsce, jako pozywającego, jest po prawej stronie sędziego (czyli twojej lewej).

Na środek wychodzisz zazwyczaj raz, do krótkiego streszczenia dlaczego chcesz zmienić płeć, od kiedy jesteś tego pewny i w czym ci to pomoże. Dobrze by było, gdyby zgadzało się to z treścią pozwu i opinii. ;) Warto zwrócić uwagę na ręce - trzymaj je po prostu na barierce, tak jest najbardziej neutralnie. Resztę czasu siedzisz sobie wygodnie na swoim miejscu. Rozprawa jest krótka - maksymalny czas jaki spędziłem na rozprawie to chyba dziesięć minut, obstawiam że z zeznaniami rodziców zajęłoby to maksymalnie pół godziny. Wszystko zostaje zanotowane, sędzia na koniec informuje cię, czy powołuje biegłego lub o innych sprawach. I tyle, wychodzisz, możesz iść na ciastko dla relaksu. O terminie następnej sprawy dowiadujesz się albo bezpośrednio na rozprawie, albo poprzez kolejne pismo.

7 maja 2014

Transpłciowość a opieka zdrowotna w Polsce

UWAGA! Jest do wypełnienia ankieta na temat naszych doświadczeń ze służbą zdrowia (nfz i prywatnie). O lekarzach, pielęgniarkach, szpitalach, rejestracjach itd., itp., pod kątem ts. W pełni anonimowa, nie podajecie nawet nazwy miasta. Wypełnijcie, może to w czymś w przyszłości pomoże. Za badanie odpowiedzialna Trans-Fuzja.

Ankieta.
Pełny opis badania i informacje.

Jak zamawiać z zagranicznych stron?

Zauważyłem, że zamawianie z internetu, zwłaszcza z zagranicznych stron, sprawia sporo problemów, dlatego dzisiaj post właśnie na ten temat. Oczywiście są inne sposoby niż te opisane poniżej, ale zazwyczaj w zupełności starczają. Poniżej instrukcja zamawiania za pomocną PayPala i karty płatniczej, dwóch najczęściej stosowanych form płatności w internecie.


Spłaszczanie pasem pociążowym.

Post dzięki uprzejmości Mikoto. :)

"Ja osobiście używam tzw "pasu ciążowego". Używają go kobiety po ciąży, żeby brzuch im się wciągnął i nie zwisał za bardzo. Ma on około 20 cm szerokości i jest najczęściej na rzep, ściąga dość mocno a przy tym bardzo ładnie oddycha, w praniu też jest wygodny. Tak jak miałem problemy w przypadku bandaża elastycznego który mi się ciągle zawijał i cisnął tak teraz wiele godzin mogę chodzić bez jakiegokolwiek poprawiania.
Jedynym za to ogromnymi minusem jest cena... około 45-50 zł... i do kupienia jedynie w sklepach medycznych. Ja sam dostałem go od kuzynki która kupiła go w czasie ciąży ale nie użyła ani razu bo ładne jej ułożyło, jak sama stwierdziła: "Może Ci się kiedyś przyda"... heh xD nawet nie wiedziała jak szybko!"

Zdjęcia przed i po:

A teraz sam pas:

Od Grabieżcy:
Poza sklepami medycznymi na pewno da radę je znaleźć w starym, dobrym internecie. Zaryzykowałbym też poszukiwania w sklepach dla młodych matek, ale za to już głowy nie dam.

5 maja 2014

Sława, sława...

Od momentu, kiedy postanowiłem odkurzyć bloga, wszystko zaczęło zbyt mocno zahaczać o moje prywatne życie... Wcześniej nie miałem nic przeciwko podzieleniu się swoją historią w mejlach, tłumaczyłem wszystko na przykładach z mojego życia, a nawet pokazywałem swoje lekarskie kwitki i spotykałem się na żywo, żeby przesiedzieć z kimś kilka godzin nad wspólnie szytym spłaszczakiem... Teraz mnie to przygniotło. Ludzie chcą coraz więcej i więcej, zapominając, że sami przecież nie chcieliby eksponować swojego ts wszem i wobec. Do tego stopnia, że mam poważne opory przed podaniem imienia i jestem bliski wymyślenia sobie "podpseudonimu". Nie umiem ostro uciąć rozmowy, nie odwarknę na kolejne przesłuchanie. Nie obrażam się też na kulawo zadawane pytania czy przejście na wstydliwe problemy prosto z mostu. Rozumiem, że można być ciekawym, bo ktoś chce na własne oczy zobaczyć, że życie z ts jest normalne, bo wcześniej nie znało się nikogo, kto przechodzi to samo. Można też być ciekawym tak po prostu, w końcu jakoś znajomych się zdobywa. Ale ignorowanie ustalonych przeze mnie granic, nawet tych wypowiedzianych żartobliwym, życzliwym tonem nie jest czymś, co zachęca mnie do udzielania się. W takiej sytuacji internet robi się zbyt ciasny na pomaganie innym. Dlatego zwracam uwagę wszystkim - jeśli nie chcecie, żebym uciekł, nie drążcie na siłę tematów, o których nie chcę mówić lub mówię zdawkowo. Nie zadawajcie pytań, które krok po kroku mają odsłonić moje życie. Dzielę się wszystkim, co wiem. Próbuję robić to w najlepszy sposób, w jaki umiem. Nie zdradzam treści tych wszystkich wiadomości, które dostaję. W zamian proszę o odrobinę zrozumienia - nie jestem typowym internetowym fejmem, który obsypuje się brokatem za każdym razem, kiedy ktoś go rozpozna lub zechce wysłuchać szczegółowej relacji z całego życia. Owszem, lubię kiedy komentujecie, czytam stosy wiadomości (na które odpowiadam z właściwym mi poślizgiem), biorę pod uwagę sugestie - tak trzymać. Jeśli komuś ma pomóc rozmowa ze mną, niech śmiało pisze! Ale weźcie pod uwagę, że jestem zwykłym facetem, którego znajomi mają dostęp do internetu i często są sojusznikami LGBTI. Wolę, żebym to ja decydował o tym, czego się o mnie dowiedzą. Z góry uprzedzając wiadomości i komentarze typu "to nie pisz/nie odpowiadaj/trzeba było pomyśleć" - zakładam, że jestem w stanie zaprzyjaźnić się z każdym czytającym tak samo jak z ludźmi na żywo. I tak samo jak na żywo, w internecie nie zaczyna się znajomości od dokładnego wywiadu na temat czyjegoś całego intymnego życia. Po prostu. Mam nadzieję, że przyjmiecie to ze zrozumieniem, ale też nie będziecie się bali pisać. Jestem tu, żeby wam pomóc - ale skuteczny ratownik, to bezpieczny ratownik. ;)

Jak to jest mieć złe ciało?

Każdy z czytających na pewno ma taką cechę, której żywiołowo nie znosi i chciałby się jej pozbyć. Przykładowo użyję tutaj wady zgryzu, ale każdy niech sobie podstawi swoje kompleksy dla lepszego wczucia w sytuację.

Niby nic, co zagraża życiu, a jednak z miłą chęcią usunęłoby się to dziadostwo przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie znosisz swoich zębów, przeszkadzają ci przy zupełnie normalnych czynnościach - jedzeniu, mówieniu... Sama ich obecność w jakiś sposób burzy twój spokój, wiesz, że gdyby były inne, to miał(a)byś o wiele więcej swobody, był(a)byś bardziej otwartym człowiekiem. Czasem da się o takim defekcie zapomnieć, cieszyć się sobą... Aż tu nagle bach, lustro, zdjęcie zrobione z zaskoczenia czy uwaga kogoś z obecnych i wszystko szlag trafia. Zaciskanie warg przy uśmiechu, utrzymywanie odpowiedniego ustawienia głowy przy mówieniu, zasłanianie ust ręką lub kubkiem, wszystko byle ukryć te cholerne zęby. Zdjęcia z wakacji trzeba ocenzurować lub pokasować, bo mimo że ujęcie świetne, a pamiątka jeszcze lepsza, to koślawe zęby aż biją po oczach i wstyd komukolwiek pokazać. Chciałoby się uśmiechnąć, choć raz, tak szeroko i szczerze, żeby ludzie nie myśleli, że człowiek jest gburem, ale cóż, lepiej być gburem niż końską mordą lub krzywym płotem, nie? Była możliwość uleczenia wszystkiego w zarodku za dziecka, ale niestety rodzice uznali, że to jakieś fanaberie. Teraz jest za dużo wydatków, żeby pozwolić sobie na aparat, wizyty kontrolne i cały ten cyrk, więc pozostaje chowanie się po kątach i liczenie, że nikt nie zauważy... A teraz do tego całego wstydu i niepewności dołóż rzeczywistość, w której od zębów uzależnione jest wszystko. Wszystko! Na radce każdy zagląda sobie w usta. Równe, bielutkie zęby są wyznacznikiem normalności i atrakcyjności. Ludzie z upodobaniem odciągają wargi przyjaciołom, wesoło dyskutując o nowych szczoteczkach i dziwą się, że jakoś nienormalnie unikasz tych zwykłych społecznych interakcji. W twoim chowaniu się wyczuwają jakąś tajemnicę, którą powoli przekuwają w coś nienaturalnego, zboczonego. W dokumentach zamiast jak wszyscy "normalne uzębienie" masz wpisane "istny chaos", a zdjęcie przedstawia mocne zbliżenie odsłoniętych zębów. Wszędzie, na każdym kroku, ludzie wpatrują się w twoje uzębienie jak zahipnotyzowani. Na każdym kroku trafiasz na atrakcje i wydarzenia skierowane dla ludzi ze zdrowym zgryzem, takie, na których twoja obecność wzbudziłaby niezdrowe zainteresowanie. W desperacji sięgasz po różnego rodzaju sztuczne nakładki na obecne zęby, mając świadomość, że przy bliskim kontakcie każdy zauważy fałszywkę. O całowaniu nie mówiąc. Wśród wiecznych uwag, spojrzeń i komentarzy zaczynasz wariować na samo wspomnienie o zębach, nawet jeśli nie odnosiło się do ciebie. Masz ochotę płakać ze zmęczenia i frustracji, kiedy spoglądasz w lustro lub musisz te cholerne kły wyszorować. Masz cały czas nadzieję na zabieg prostowania, ale wiesz, że przez najbliższe lata możesz wyłącznie marzyć. Sama wstępna wizyta u ortodonty pozbawiłaby cię środków do życia na dwa tygodnie. Pomijając fakt, że ortodonta to lekarz dla tych popieprzonych, bo przecież kto normalny potrzebuje takiej korekty... W gorszych chwilach chwytasz kombinerki i resztą sił powstrzymujesz się od wyrwania ich na żywca... Znajomi nie rozumieją, przecież każdemu jest dobrze z takim zgryzem, jaki ma, w końcu natura tak nas stworzyła, żeby poszczególne części do siebie pasowały... Nie ma takiej opcji, żeby komuś własne zęby źle się ułożyły! Coś w przeszłości musiało źle na nie wpłynąć, na przykład sam(a) je sobie wypychałeś/aś językiem po nocach. Albo to wpływ ludzi z zewnątrz, na pewno nikt ci ich młotkiem nie poprzestawiał?

Przedstawienie wizyty u ortodonty jako czegoś zboczonego lub wady zgryzu jako bycia nienormalnym wydaje się być abstrakcyjne, prawda? A jednak tak właśnie zwykle czują się transi. Dla nich to jest równie naturalne, co dla nastolatka prostowanie zębów - irytujące, frustrujące, ale naturalne. I przejściowe, ot, stadium pośrednie, dzielące ich od ostatecznego wyglądu. Jest natomiast jedna zdecydowana różnica między wadami zgryzu a ts - mało kto z powodu zgryzu traci przyjaciół, rodzinę, a czasem życie, wliczając w to samobójstwa. Tak jak zębów nie przestawisz rozmową, terapią lub namawianiem ich do naśladowania zębów kuzynki, tak i z transem to nie wyjdzie, niestety.

Mniej więcej tak to właśnie można odczuwać. Oczywiście jest to o wiele gorsze, bo mimo wszystko odnosi się do całego ciała, a nie tylko jakiejś jego części. Nie da się dokładnie opisać tego uczucia, jeśli się tego nie przeżyło - wytarte stwierdzenie, ale w tym przypadku prawdziwe aż do bólu. (Nie wszyscy transi muszą się ze mną zgodzić, warto mieć to na uwadze.)

3 maja 2014

Sprytna kasjerka.

Byłem wczoraj w Oszą ze względu na jakieś urodzinowe promocje (pachnące kulki do kibla za dwa zeta, że o przecenionych suszonych morelach nie wspomnę). Człapię, człapię, a kiedy uznaję, że dotarłem do limitu finansowego, zmieniam kierunek człapania. Czas na kasowanie i płacenie. Przyjrzałem się kasjerom, wybrałem starym zwyczajem panią w średnim wieku, która miała na twarzy wypisane "za dwie godziny i dwadzieścia siedem minut stąd spierdalam, nic mnie nie obchodzi". Tym razem jednak się przeliczyłem, ale że nie ma tego złego, co by na śmieszne nie wyszło, powstała taka oto sytuacja...

Wykładam zakupy na kompletnie pustą kasę (w Oszą nigdy nie ma kolejek, kocham je za to). Pani sprawnie kasuje, dzieli je w siatkach na kategorie "da się zjeść", "nie da się zjeść", "co to w ogóle jest". Zawsze, kiedy pakują mi zakupy, czuję się jakby śpiewali mi "Sto lat!"... Nie wiem, co ze sobą zrobić, więc udaję uprzejmą zadumę i staram się zniknąć na kilka następnych minut. Uf, po sprawie, pani podsumowała wszystko. Niestety przekroczyłem 50zł (ah te comiesięczne duże zakupy), więc nie mogę zapłacić zbliżeniowo. Nic to, podaję pani kasjerce kartę, uzbrajając się od razu w dowód osobisty (przy okazji). Pani kasjerka skrupulatnie ogląda kartę, obracając ją w dłoniach co najmniej pierdylion razy, jakby rozwiązywała kostkę Rubika. Trudno, bywa i tak, cierpliwie czekam. Prawdopodobnie sam na siebie to ściągnąłem, zamawiając kartę z unikalną grafiką. Wreszcie następuje przełom i pani kasjerka wkłada kartę do czytnika. Wpisuję pin, po czym kątem oka zauważam, że pani kasjerka anuluje transakcję (doświadczenie na stanowisku sprzedawcy).
- Odrzuca kartę! - wygłasza triumfalnie.
Wzdycham po cichu.
- Niemożliwe, proszę spróbować jeszcze raz.
Pani na chwilę traci pewność siebie, prawdopodobnie spodziewała się innej reakcji. Postanawia zatem stanąć twarzą w twarz z problemem.
- Ale to jest karta kobiety, proszę pana.
Rzucam starannym półuśmiechem numer dwanaście i prezentuję swój dowód osobisty, ignorując niegoloną od dwóch tygodni twarz.
- O...
- To poproszę jeszcze raz. - cudem karta tym razem przechodzi.
Pani kasjerka, odzyskawszy swoją minę "za dwie godziny..." wyciąga zapisany arkusz z szuflady pod wagą.
- Mogę prosić pani kod pocztowy?
- xx-xxx. - odpowiadamy razem z brodą.
- Dziękuję.
- Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia, zapraszam ponownie.
Chwytam siaty i idę na przystanek, wcale nie mniej męski niż byłem przed konfrontacją z panią kasjerką. ;)